[2 tygodnie z życia pewnej mieszkanki]

31 grudnia 2003r. Tego dnia przywitaliśmy nie tylko Nowy Rok. Idąc na Sylwestra podziwiać można było przemoczone ulice i domy wisznickie. Ponura oznaka jesieni nużyła już swą przewidywalnością. Dopiero przed nastaniem godziny duchów z nieba posypał się biały puch. Powietrze zmroził  wiatr zimy już 2004 roku. Skrzypiąc butami na śniegu wiele osób podążało rankiem do domów i zastanawiało się czy to minął rok, czy może coś więcej ich ominęło. Sama nie mogłam wyjść z podziwu, jak pięknie może wyglądać świat przykryty śnieżną kołderką. Przykrywa dziury w jezdniach, krzywe chodniki i smętnych przechodniów.

"Ks. Marian Romanowicz, wówczas 17-letni gimnazjalista z Dubicy, postanowił w dniu wybuchu wojny pisać każdego dnia pamiętnik. Ten pamiętnik do tej pory nigdzie nie został opublikowany, chociaż interesowali się nim historycy z Uniwersytetu Marii C. Skłodowskiej w Lublinie. Pisany był w zeszytach szkolnych, które brat zakupił do nauki w gimnazjum."

Kronika Tadeusza Raczkowskiego ur. 1925r.

Kronika Gminy Wisznice.

Wprawdzie opis niniejszy obejmuje w większości samą osadę Wisznice, nie sposób chyba wspomnieć jednak i okolicznych wsi, wchodzących w skład gminy. Ponieważ miejscowości wchodzące w jej granicach miały i przeżywały wspólne sprawy, jak również łączył ten teren wspólny los i te same przeżycia, zdarzenia. Opis obejmuje lata mojej pamięci, wybiegając wstecz do pierwszej wojny światowej. Celem nawiązania wątku do niedalekiej przeszłości, która musi łączyć się jednak z opisywanym okresem.

Dubica Górna jest miejscem mego urodzenia. Dom rodzinny stał tuż przy drodze z Wisznic do Białej Podlaskiej. Moi Rodzice Wiktoria z domu Petruczynik i Bonifacy Romanowicz też urodzili się w Dubicy. Mieli niewielkie gospodarstwo rolne, z tego utrzymywali sześcioro swoich dzieci. W sierpniu 1939 roku zostałem zapisany do szkoły podstawowej w Wisznicach, ale z powodu wojny mogłem się uczyć dopiero od września 1940 roku. Ponieważ budynek szkolny był zajęty przez gestapo, lekcje odbywały się w drewnianym, pożydowskim domu. Obok tego domu mieściło się getto żydowskie. Po przejściu frontu, od września 1944 roku, uczyliśmy się we właściwym budynku szkolnym.
Gdy ukończyłem szóstą klasę szkoły podstawowej, mój stryj ksiądz Jan Romanowicz - salezjanin, umieścił mnie w prywatnym Gimnazjum, prowadzonym przez Zakon Salezjanów w Lądzie nad Wartą koło Poznania.

Kończył się upalny czerwcowy dzień. Lipową aleją w stronę dworu biegł młody chłopiec. Od kilku już lat podczas wakacyjnych miesięcy wypożyczał z biblioteki dworskiej polskie książki. W wiejskiej, czteroklasowej szkole nauczył się czytać po rosyjsku, trochę rachować, a na lekcjach religii, prowadzonych przez miejscowego popa, poszanowania dla „Cara Wszechrosji i Prześwietnej Religii Prawosławnej.” Języka polskiego uczyła go matka i córka dziedzica dubickiego. Biegł teraz by wymienić świeżo przeczytaną książkę. W chłodnej sieni dworskiej poprosił napotkaną służącą o widzenie się z panienką. Wiele razy tu bywał, ale zawsze z zaciekawieniem przyglądał się wystrojowi dworu. Pierwszy raz przekroczył jego próg jako kilkuletni chłopczyk trzymając się kurczowo ręki ojca; wszystko tu było inne niż w jego wiejskim domu.