Oj proszę pani... Jak zacznę opowiadać, to do wieczora nie skończę! Mam 76 lat. Nie wyglądam, ale mam. Urodziłam się w pierwszym roku I wojny światowej na głuchej wsi. Łyniew leży na szlaku z Białej Podlaskiej do Włodawy. Ponoć Bohun tędy chadzał... Byłam silnym dzieckiem. Inaczej, ja, czterolatka na pewno nie przeżyłabym epidemii tyfusu, która zabrała mi i ojca, i babcię. Chorowałam, chorowałam, ale wyzdrowiałam.


Zostaliśmy z mamą sami - dwóch braci i dwie siostry. No, było ciężko. Ale tak jak lampa naftowa mroczne wieczory, tak moje dzieciństwo rozjaśniały opowieści mojej mamy, ot, takie różne historie i bajki. To one rozbudziły we mnie ciekawość świata, chęć do nauki. Ale po ukończeniu czterech klas mama zabrała mnie ze szkoły i posłała na naukę do krawca. Siedziałam, szyłam, i... zalewałam się łzami. Nic mi z tego szycia nie wychodziło. Cały czas przed oczami miałam widok innych dzieci, idących do szkoły. A ja co? Zrodził się bunt. Z żalu i rozgoryczenia, z tej złości chciałam spalić całą wieś. Takie myśli przychodziły mi do głowy! Uciekałam do Cyganów, którzy zatrzymywali się z taborem koło Łyniewa. Po dwóch, trzech dniach odnajdywano mnie i przyprowadzano do domu. Czekało solidne lanie i obietnice, że już niedługo pójdę do szkoły. Ale czas mijał, w domu zawsze było coś do zrobienia i powrót do nauki wciąż się odwlekał.
   Aż któregoś dnia przyjechała do nas kuzynka, która mieszkała w Warszawie. Zobaczyła moje świadectwa, posłuchała jak ciągle mówię o szkole i płaczę, jak grożę, że się zabiję, bo nie mam po co żyć i... przekonała mamę, żeby pozwoliła mi jechać do Warszawy.
  Pierwszy raz wyjeżdżałam z Łyniewa i to od razu do stolicy! Do szkoły chodziłam  na  początku  na  ul.  3 Maja,  potem  na ul. Hożą, a mieszkałam w internacie przy ul. Czerniakowskiej. Wreszcie po skończeniu szkoły powszechnej zaczęłam się uczyć w prywatnym gimnazjum i liceum. Zdałam bardzo dobrze egzaminy, uczyłam się też dobrze; dostałam stypendium. Bardzo lubiłam język francuski, więc przełożona jeszcze mnie dodatkowo douczała. Pieniądze na drobne wydatki zarabiałam korepetycjami. Czy dużo? No, na przykład 50 gr dziennie plus obiad. Po miesiącu za oszczędności kupiłam sobie piękne pantofle.
  A potem zaczęłam studiować filologię klasyczną na Uniwersytecie Warszawskim. Moimi profesorami byli między innymi Tadeusz Zieliński, Władysław Tatarkiewicz, Tadeusz Kotarbiński. Wszystko przerwała wojna.

  W dniu kapitulacji brałam ślub. Wyszłam za mąż "na wariata" za poznanego przypadkiem wojskowego. Jakże mi wszystkie koleżanki zazdrościły! Wkrótce wyszło na jaw, że mój mąż ubzdurał sobie, że jestem bogata. Po przyjeździe do Łyniewa, przestał się mną interesować. Po wojnie przenieśliśmy się do Wisznic; to pobliska osada. Mąż wyjechał do Łodzi, a ja zostałam sama z dzieckiem (urodził się nam syn) na tym końcu świata. Niewiele myśląc, też pojechałam do Łodzi. Zaczęłam pracować w Urzędzie Skarbowym. W pobliżu mego mieszkania, w poniemieckim pałacyku znalazły locum: historia sztuki, archeologia i filologia klasyczna. Wróciłam na studia, ale tym razem - wieczorowe. Pracowałam i studiowałam. Syn chodził do przedszkola, potem opiekowała się nim sąsiadka. Było mi bardzo trudno pogodzić to wszystko. Już chciałam rzucić naukę, kiedy poznałam Lodzię Lewczuk. To ona nie pozwalała mi poddać się rezygnacji. Na nic zdały się moje lamenty, że nie wytrzymam tak dłużej, że wszystko zapomniałam, że nie daję rady z tłumaczeniami. Lodzia mnie pilnowała i dopingowała do wysiłku. Była Żydówką. Odnalazła ocalałą rodzinę i wyjechała do Krakowa. A ja skończyłam studia. I do dziś wiem, że zawdzięczam to właśnie je, Lodzi...

  W międzyczasie rozwiodłam się z mężem; on znalazł sobie inną. Syn był bardzo zdolny, ale w późniejszym okresie ujawniła się choroba dziedziczna. W Łodzi nie miałam nic do roboty, więc wróciliśmy z synem do Wisznic. Zaczęłam uczyć w szkole.
  Czasy stalinowskie minęły jakoś bez większych wstrząsów, mimo że zawsze byłam niepokorna. Nigdy nie bałam się okazywać wiary, chodzić do kościoła. Na wszelkie uwagi o tym, że Boga nie ma, że to ciemnota, odpowiadałam:
- Ja was nie przekonam, że jest, wy mnie, że Go nie ma, niech więc lepiej każdy zostanie przy swoim.
  Oprócz prowadzenia lekcji zajęłam się w szkole kółkiem teatralnym - całą młodzież wciągnęłam do konkursów recytatorskich. Nie brać udziału w konkursie, to był wstyd! A teatr lubiłam od małego. Sama brałam udział w przedstawieniach szkolnych w warszawskim internacie, a na przerwach namawiałam koleżanki i kolegów do zabaw teatralnych. Chce pani, to zaraz sobie przypomnę jakiś tekst...

  Od 10 lat jestem na emeryturze. Plany na przyszłość? A to się pani udało! W moim wieku?! No, dobrze, przyznam się: eliminacje międzywojewódzkie OKR w Piotrkowie Trybunalskim (pani Anna ciężko zachorowała i, mimo że była na miejscu, nie mogła w Piotrkowie wystąpić - przyp. D. Cwetsch); konkurs recytatorski "Ludzie niepełnosprawni w literaturze pięknej"; konkurs im. prof. Zenona Klemensiewicza - dla nauczycieli. A z młodzieżą Konkurs Poezji i Prozy Rosyjskiej i Radzieckiej. Wystarczy?
  Ze szkoły nie mogę odejść. Mówię im:
- Wyrzućcie mnie, bo ja się nie odczepię.
  Ale powoli "paliwo" się we mnie wyczerpuje, chociaż święcie wierzę w to, że dobre samopoczucie zwalcza chorobę. Wiem, że jestem taką samotną wyspą, że jak zostawię szkołę, to pewnie będzie koniec konkursów recytatorskich. Młodzi nauczyciele się do tego nie palą. W Wisznicach jest taka społeczność, że każdy dba o swoje, trudno namówić ją do wspólnego działania. Każdy sobie rzepkę skrobie. Ośrodkiem kultury była i jest szkoła. Nie tak dawno powstał GOK - prowadzi go nasz wychowanek. Może coś się ruszy.
  W ogóle trudno porównywać czasy dzisiejsze i lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte. Teraz jest ogólna dekadencja. Młodym nic się nie chce, tylko narzekają. Tak mnie to zezłościło, że sama zaczęłam recytować:
"...Ale cóż to jest życie? To wszystko, co było. I czego już nie ma. Wszystko, o czym myśli i mówi stary człowiek. I na co jest już na zawsze za późno..." [B. Hrabal]
  Jestem dumna ze swej starości; że jestem taka, jaka jestem: ciotka Romaniuczka, ciotka Handzia. No, może trochę trzepnięta... Pomaga mi poezja. Naszą winą, starszych, jest to, że młodzi nie są wrażliwi na poezję. A przecież poezja, to taki napój, którym popija się chleb codzienności. Poezja zamiast wódy... Bez kultury żadnego ludzkiego ustroju nie zbudujemy. Gdy zaniknie wrażliwość na dobro, na piękno, to na nic pieniądze. Szczęścia za nie nie kupisz. To banał, ale i szczera prawda. Niech pani posłucha:
  Pewien dostojnik miał córkę, która zachorowała na trąd. Aby wyzdrowiała, trzeba było ubrać ją w koszulę zdjętą ze szczęśliwego człowieka. Rozesłano gońców po całym świecie. znaleźli jednego szczęśliwego, ale on... nie miał koszuli

zwierzenia Anny Romaniuk spisała
Danuta Cwetsch (1990r.)