Wisznice, mała osada ze wschodniej części Polski. Jesień 1941 roku. W tym czasie byłem uczniem w powszechnej szkole podstawowej. Ponieważ budynek szkolny zabrało gestapo na swoją siedzibę, szkołę przeniesiono do prywatnego budynku. Budynek ten przylegał do getta, w którym umieszczono mieszkańców Wisznic pochodzenia żydowskiego. Podczas przerw lekcyjnych widzieliśmy jak toczyło się życie w getcie.


Mężczyźni i kobiety zdolni do pracy rano opuszczali getto i wychodzili do różnych prac porządkowych. Starcy i dzieci pozostawali w getcie pod nadzorem żydowskiej policji, którą tworzyli młodzi Żydzi z niebieskimi opaskami z gwiazdą Dawida na rękawie. Pamiętam jak pewnego dnia podczas przerwy lekcyjnej, gdy jadłem kanapkę, dzieci żydowskie z za ogrodzenia prosiły mnie bym dał im jedzenie, bo są głodne. Przerzuciłem im chleb i dwa jabłka. Widziałem jak z chęcią jadły. Po powrocie do domu opowiedziałem o tym swoim rodzicom. Na drugi dzień moja mama dała mi cały bochenek chleba /sama chleb piekła/ i powiedziała. „Weź synku i zanieś tym dzieciom. Żydzi są teraz prześladowani i trzeba im pomagać”. Podczas przerwy podszedłem do płotu, zawołałem dzieci i przerzuciłem im bochenek chleba. Zauważył to jeden z policjantów żydowskich, podbiegł do płotu i chciał mnie uderzyć policyjną pałką. Wyzywał mnie i krzyczał, abym tego więcej nie robił. Przestraszony uciekłem do klasy. W czasie lekcji przyszedł ten policjant wraz z kierownikiem szkoły i nakazał, aby nie przynosić jedzenie do getta, gdyż tego zabrania prawo niemieckie.

Getto wisznickie likwidowano etapami. W połowie lata prowadzono ludzi starszych i dzieci pod eskortą kilkunastu uzbrojonych w karabiny żołnierzy niemieckich. Nikt Niemcom nie pomagał, ani policja żydowska, ani też inni ludzie w cywilu. Nasz dom stał blisko drogi, więc dobrze widziałem jak pewna starsza Żydówka już nie miała siły by iść dalej. Zobaczył to eskortujący żołnierz niemiecki, podszedł do niej i przekonał się o jej złym stanie. Cofnął się o kilka metrów do tyłu, podniósł karabin i strzelił w tył głowy. Potem została przez młodych Żydów, którzy jeszcze pozostali w getcie pochowana tuż przy drodze. Po wojnie ciało ekshumowano na cmentarz żydowski.

W tym samym czasie „po prośbie” chodziła starsza głucha Polka. Moja mama znała ją od wielu lat. Przynajmniej raz w miesiącu przechodziła przez wioskę i żebrała. Przejeżdżający samochodem gestapowcy widząc ją zatrzymali się. Jeden podszedł do niej i coś spytał. Ponieważ ona nie wiedziała, o co mu chodzi, na znak, że jest głucha rozłożyła ręce. Gestapowiec wyjął z kabury pistolet i zastrzelił.

Czasem udało się młodym Żydom zbiec z getta. Pamiętam jak pewnego ranka przybiegła do nas młoda Żydówka. Prosiła o jedzenie i bardzo się bała. Mama postawiła na stole miskę z jedzeniem, a ta łapczywie nie czekając na łyżkę wszystko zjadła. Pytała o drogę do Radzenia, bo tam ma znajomych, którzy ją ukryją i tam nikt jej nie rozpozna, że jest Żydówką. Ojciec dał jej trochę pieniędzy, mama chleba na drogę. Gdy ta wychodziła moja mama woła. „Ale jak ty dziecko w tym ubraniu będziesz szła to wszyscy będą wiedzieli, że jesteś Żydówka. Tę chustkę schowaj do torby a masz tu żakiecik i beret na głowę. O teraz nikt Cię nie rozpozna. Niczego się nie bój. Mów, że jesteś Polką i wracasz do domu. Z Bogiem Dziecko.”

August Jacek Romanowicz
Gdańsk